Książka "Kwantechizm 2.0, czyli klatka na ludzi" - uwagi chaotyczne
Przeczytałem tytułową książkę Andrzeja Dragana. Nie był to zmarnowany czas, mimo że za sobą mam już dofinansowanie wielu autorów książek o fizyce i ich spadkobierców. Innymi słowy - w ciągu ponad czterdziestu lat kupiłem i przeczytałem mnóstwo książek o fizyce kwantowej jak i o teorii względności (dla mnie mniej pociągającej). Ostatni mój zakup napisany jest piórem lekkim z dużym poczuciem humoru i pewną dozą autoironii. Autor posiada zdolności dydaktyczne, które pozwalają objaśniać trudną fizykę w sposób całkiem przystępny (odnosi się takie wrażenie, a to już dużo). Z przyjemnością powtórzyłem eksperyment opisany na str. 169. z interferencją między palcami. Zdziwiłem się, że jakoś nie doczytałem o tym wcześniej - przynajmniej nie pamiętam, a może żaden ze znanych mi autorów nie wspomniał o tym. Nie wiem.
Kilka fragmentów książki przykuło moją uwagę bardziej niż inne. Wymienię je w kolejności przypadkowej. Ten ze strony 219. i następnych dotyczy użyteczności nauki. Podobno Richard Feynman twierdził, że "fizyka jest jak seks. Może prowadzić do praktycznych konsekwencji, ale nie dlatego to robimy". To samo odnosi się do chemii, ale współcześnie wszyscy pytają o użyteczność pracy naukowej. Celnie odpowiedział Faraday na pytanie na co komu elektryczność - odpowiedział również pytaniem "A na co komu nowe dziecko?" (str. 220). Pamiętam taką scenę z filmu "Kontakt" z Jodie Foster, w której niezbyt miły bohater pyta niewinnie, co złego jest w tym, że nauka powinna przynosić korzyści. Oczywiście nic, ale teraz wydaje się, że sponsorzy uważają, że nauka nie przynosząca korzyści jest zła. Paskudne.
Pewien niedosyt czułem po przeczytaniu rozdziału "Dlaczego diabeł gra w kości?". Te prawie 21 stron poświęcone jest pracy Autora wraz z Arturem Ekertem i dotyczącej wyprowadzenie zasad mechaniki kwantowej z... teorii względności. Naprawdę! Wystarczyło założyć istnienie procesów zachodzących z prędkością większą niż prędkości światła! Z tego szokującego, ale dopuszczalnego założenia dało się wyprowadzić brak przyczynowości w zachowaniu się procesów kwantowych. Dobre, a nawet niezwykłe! Oby świat naukowy przełknął tę pigułkę... Problem może być w tym, że pochodzi z kraju nad Wisłą. Obym się mylił, bardzo tego chcę.
Z niecierpliwością chciałem dotrzeć do rozdziału o teorii chaosu w fizyce... a tu nic żadnej jasnej wzmianki w całej książce. Mocno mnie to zdziwiło, zwłaszcza że Autor napisał rozdział "Nie znam się, to się wypowiem". Niestety tam było o genach a nie o chaosie. Zastanawiające jest, jak fizycy jakoś tak bokiem ocierają się o tę teorię. Niestety z tego ocierania nie ma iskier tylko raczej elastyczne odbicie.
Co takiego jest w teorii chaosu, że fizykom kwantowym (i tym od teorii względności również) jakoś z nią nie jest po drodze. Nie - broń Boże grający w kości - teoria chaosu nie jest pomijana, ależ skąd, ale mało jej w świecie nowoczesnej nauki o kwantach. Podejrzewam, że chaos deterministyczny zabiera tym teoriom nieskończoność. Rozumiem przez to, że usuwana jest nielokalność i punkty osobliwe. Chaos powoduje, że procesy fizyczne, opisane za jego pomocą, muszą zachodzić sekwencyjnie i w dodatku w ograniczonej przestrzeni. Ta cecha powoduje, że koniecznością byłoby rozstanie ze stanami stacjonarnymi a nawet więcej, trzeba by się rozstać z funkcją falową (co ciekawe, autor skrzętnie omija tę nazwę) i jej całkowalnością w kwadracie. NieDoPomyślenia! Procedury chaosu nie dają się zmusić do dzielenia ich przez zero, a to jest cechą punktów osobliwych. No cóż, czarne dziury musiałyby stać się bardziej kolorowe. NieDoPomyślenia? Do pomyślenia, ale komu by się chciało?
Komentarze
Prześlij komentarz